Biłgorajskie :: Zobacz temat - Wyprawy moich przyjaciol

Forum Biłgorajskie Strona Główna
www.webaukcje.pl
Regulamin i pomoc:  Regulamin  FAQ | Nawigacja:  Użytkownicy  Grupy  Szukaj | Opcje osobiste:  Rejestracja  Profil  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  Zaloguj

 Wyprawy moich przyjaciol Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Zobacz posty od ostatniej wizyty
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum Biłgorajskie Strona Główna -> Biuro podróży
Autor Wiadomość
Cookie Monster
Profesjonalista
Profesjonalista




Wiek: 41

Dołączył: 13 Maj 2005
Posty: 2566
Skąd: Tewkesbury

PostWysłany: Nie 1:02, 08 Cze 2008 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

W tym temacie postaram sie wklejac relacje z wakacyjnych wycieczek moich przyjaciol. Na poczatek postanowliem zamiescic relacje z wyprawy do Chin. Zapraszam do lektury
Cytat:

STEPY I PRZESTRZENIE
Rosja – Mongolia - Chiny 2006


Trasa (w skrócie):
Warszawa – Terespol – pociąg
Terespol – Brześć – samochód
Brześć – Moskwa – pociąg
Moskwa – Irkuck – kolej transsyberyjska
Irkuck – Staraja Angasolka – elektriczka
Staraja Angasolka – Port Bajkał – elektriczka
Port Bajkał - Listwianka – prom
Listwianka – Irkuck – bus
Irkuck – Nauszki – kolej transsyberyjska
Nauszki – Suche Bator – kolej transsyberyjska
Suche Bator – Ułan Bator – Transmongolian Express
Ułan Bator – Terelż – autobus
Terelż – Ułan Bator – na piechotę/autobus
Ułan Bator – Erlian – kolej transmongolska
Erlian – Pekin – autobus sypialny
Pekin – Shanhaiguan – kolej
Shanhaiguan – Pekin – kolej
Pekin – Moskwa - samolot
Moskwa – Warszawa – samolot
Decyzję o wyprawie na Syberię podjęliśmy przynajmniej rok wcześniej. A jeśli Syberia, to i Mongolia, bo to o rzut beretem. A jeśli Mongolia – to Chiny, bo też blisko. Wtedy jeszcze nie mieliśmy koncepcji, z kim jeszcze jechać i czy w ogóle z kimś. Kwestia rozwiązała się sama – wiosną zdecydowali się z nami jechać Artur i Ola.
Co i jak?

W pierwszej kolejności zaczęliśmy załatwiać sobie noclegi w Rosji, a także formalności związane z uzyskaniem koniecznych bądź przydatnych dokumentów. Najpierw odebraliśmy wizy do Mongolii (ok. 47 pln – koszt wizy i opłata, czas oczekiwania to kilka dni). Kilka dni później, kiedy mieliśmy z powrotem paszporty (w trakcie załatwiania jakichkolwiek formalności paszport zostaje w ambasadzie, konsulacie itp.), udaliśmy się do firmy pośredniczącej w załatwianiu wiz do Rosji („Rusopol”, mieszczący się w Warszawie przy al. Niepodległości, który możemy z czystym sumieniem polecić za terminowość i kompetentne, bezproblemowe załatwienie sprawy). Firma bierze prowizję, ale warto udać się do nich, ponieważ omijane są żmudne procedury towarzyszące staraniu się o wizę; w ambasadzie wymagane jest zaproszenie z Rosji. Poza tym dochodzi istotna kwestia związana z rejonalizacją. W Polsce jest 5 konsulatów rosyjskich, m.in. w Warszawie i Krakowie, każdy z nich zajmuje się obsługą interesantów z różnych podlegających im województw. Osoby nie mające stałego meldunku w Warszawie, a posiadające taki meldunek w mieście, nie podlegającemu warszawskiemu konsulatowi Rosji, muszą pofatygować się np. do Krakowa, co wiąże się ze stratą czasu i bezsensownym wydaniem pieniędzy na przejazd tam. Wiza jednokrotnego wjazdu do Rosji plus pośrednictwo wyniosło nas ok. 135 pln, więc opcja uzyskania wizy przez firmę jest bardziej dogodna.
Ponieważ czas nas gonił, a sam wyjazd odwlekał się kilka dni, zdecydowaliśmy, że o wizę chińską będziemy starać się już w Ułan Bator.
Udając się na Wschód, warto zaopatrzyć się w apteczkę. Oprócz standardowych środków typu opatrunki (gaza, plaster) wzięliśmy ze sobą również wodę utlenioną, antybiotyk w razie przeziębienia, lek na zapalenie pęcherza (****), środki przeciwbólowe, przeciwgorączkowe, antyalergiczne, przeciw biegunce (Loperamid), zatruciom (polecam Nifuroksazyd). Nie szczepiliśmy się na nic, ale warto pomyśleć o wcześniejszym przyjęciu szczepionek przeciwko uodparniających na żółtaczkę typu A i B, no i oczywiście nie pić nieprzegotowanej wody, szczególnie w Mongolii i Chinach. Dotyczy to również napojów podawanych w hotelach czy restauracjach. Istnieją tabletki do puryfikacji wody, jednak sklep z artykułami podróżnika nie dysponował nimi z powodu jakichś historii z Państwowym Zakładem Higieny, który z jakichś względów w tym sezonie uchylił pozwolenie na dystrybucję tego preparatu. Można wziąć coś przeciwko komarom, ale latem nad Bajkałem jest ich taka chmara, że w zasadzie żadne ze środków nie są skuteczne. Autorzy przewodników sugerują szczepienia przeciwko obu rodzajom żółtaczki. Szczepionki takie, aby były skuteczne, powinno się przyjąć przyjmuje się w trzech dawkach, w okresie kilku miesięcy. Czytałam, że absolutnie nie jest wskazany wyjazd na Wschód po przyjęciu jedynie pierwszej dawki. My nie szczepiliśmy się w ogóle, stąd środki ostrożności typu mycie zębów wodą mineralną.
Z przewodników polecam szczególnie „Szlak transsyberyjski. Moskwa – Bajkał – Mongolia – Pekin” wydany przez „Bezdroża” (seria „Szlaki”) stanowiący kompendium na temat Rosji, Mongolii i Chin wraz z przykładami tras, ciekawych miejsc i typowej informacji turystycznej. Od niedawna można go również znaleźć w necie w formacie PDF. Inny to pascalowski dotyczący Chin – głównie ze względu na mini słowniczek polsko-chiński, który w przypadku kłopotów z miejscowymi jest to prostu nieoceniony; dla Chińczyków bowiem język angielski to faktycznie język obcy; mało kto w Chinach się nim porozumiewał. Natomiast należy brać poprawkę na podawane ceny. np. hoteli; w rzeczywistości noclegi w guesthotelach czy schroniskach są nieco droższe niż podane.
Poza tym, szczególnie nad Bajkałem, może okazać się przydatny przenośny prysznic na 20 litrów odwody (cena to ok. 29 pln), która można nagrzać energią słoneczną. Jednak sprzęt ten nie grzeszy trwałością – już po kilku użyciach odkleiło nam się sitko. Mimo to warto pokusić się o jego kupno, no, chyba, że ktoś lubi ekstremum Wink
Warszawa – Terespol - Brześć
Pierwszy etap podróży rozpoczął się dość niefortunnie. 11 lipca, w upalny wtorek, jedziemy na Dworzec Zachodni, skąd mamy pociąg do Terespola. Okazuje się, że w ferworze gorączkowych przygotowań i intensywnego pakowania się , mojej uwadze umknęło, że wykupione przez nas ubezpieczenie zostało na stole w pokoju. Nie było sensu jechać dalej bez tego dokumentu, raz - różne rzeczy słyszeliśmy na temat wymogów stawianym turystom na granicy rosyjskiej, dwa - wydana kasa, trzy – w razie czego musielibyśmy bulić mnóstwo pieniędzy za leczenie. A tak na marginesie – na granicy nikt od nas tych dokumentów nie wymagał).
Decydujemy się jechać na przypał tego samego dnia – byle do Terespola, a potem do Brześcia, żeby nie tracić niepotrzebnie czasu. Poza tym perspektywa ponownego taszczenia się z całym bagażem w niemiłosierny upał nie była zachwycająca. Po zabraniu z domu ubezpieczenia załadowaliśmy się w najbliższy pociąg do Terespola. Na miejsce dotarliśmy na ok. 19.00. Chwilę później już siedzieliśmy w taksówce (10 pln na głowę), której kierowca zawiózł nas prosto na przejście graniczne z Białorusią.
Pogranicznicy nie ułatwiają sprawy - standardowy formularz, który trzeba wypełnić, jest dostępny tylko w języku rosyjskim. Na przejściu i oczywiście tłoczno, ludzie czekają po kilka godzin. Szybko dogadujemy się z sąsiadami zza wschodniej granicy i za 5 dolarów od łebka pakujemy się do dwóch samochodów, trójka do jednego, Artur do drugiego. W pewnym momencie odprawy robi się nerwowo, kiedy nie możemy się doczekać samochodu, w którym został Artur, ale na szczęście skończyło się na przetrzymaniu go trochę podczas odprawy paszportowej. Docieramy na dworzec kolejowy w Brześciu, gdzie spędzamy praktycznie całą noc – na pociąg do Moskwy nie zdążyliśmy. Kupujemy bilety na kupiennyj, bo na tańszą płackartę nie ma biletów w boksie, jedynie górne miejsca, co uniemożliwia schowanie rzeczy.
Brześć - Moskwa
O 04.18 odjeżdżamy do Moskwy. Przedział w coupe jest mały i ciasny. Jeszcze ceremonia kupowania pościeli, oddanie biletów prowadnikowi i wreszcie kładziemy się spać. Przestawiamy czas o godzinę do przodu. Na dworcu Białoruskim jesteśmy na ok. 20.00.
Na peronie czekają nasi nowi znajomi, których niedawno poznaliśmy drogą mailową: Nadyia, Andy, Patrik, Kuzmitch i Poops. Krótki rozeznanie w możliwościach transportu, kupujemy zbiorowy bilet na metro o jedziemy do domu Andy`ego na stacje Sholkovskaya, końcową stację linii czerwonej. W mieszkaniu gospodarza, na co dzień dziennikarza internetowego, klimatycznie i oldschoolowo – ściany pokryte grafiką punkową i niezliczoną liczbą kotów.
Następnego dnia udajemy się na Dworzec Jarosławski i okazuje się, że nie ma szans, aby dostać bilety do Irkucka. Najbliższy termin to 18 lipca, więc po dość długim namyśle decydujemy się na nie. Automatycznie wydłuża to nasz pobyt w Moskwie.
Z racji imprezowania do rana zwykle wstajemy około południa, zresztą należy uwzględnić różnicę czasową. Potem chodzimy po mieście. Obowiązkowo udaliśmy się na Plac Czerwony, kojarzony głównie z siedziba rosyjskich władz na Kremlu. Mnie najbardziej podoba się stojąca nieopodal cerkiew Wasyla Błogosławionego, perła rosyjskiej architektury sakralnej. Tuż obok – na zasadzie przeciwwagi - towarzysz Lenin w mauzoleum. Plac Czerwony to miejsce spacerów i Moskwian i turystów; tłoczno tutaj i w dzień i późnym wieczorem.
Inne uczęszczane miejsce to Arbat, do którego dojechać można metrem. Jest to coś w rodzaju zakopiańskich Krupówek – bardzo długa ulica z niezliczoną ilością kramów i sklepów oferujących pamiątki. Głównie są to matrioszki, zarówno tradycyjne baby, jak i stylizowane na Putina czy Jelcyna (wolę te pierwsze), tańsze masowe i ekskluzywne, ręcznie malowane, maskotki Cziburiaszki (znanego w Polsce jako Mis Kiwaczek), ordery, czapki uszanki czy T-shirty przedstawiające schemat moskiewskiego metra. Na Arbacie znajduje się też ściana oddająca w formie graffiti hołd Wiktorowi Cojowi, założycielowi legendarnego zespołu KINO, który w 1990 roku zginął w wypadku samochodowym. Jego fani oprócz kwiatów i zniczy zostawiają mu także papierosy i pieniądze.
Na Arbacie możemy polecić knajpę Mu Mu, w której można zamówić m.in. bardzo urozmaicone wegetariańskie jedzenie. Ceny nie są tutaj bardzo wygórowane.
W Moskwie można poczuć się jak w Warszawie – jest tutaj kilka ogromnych gmachów a la Pałac Kultury i Nauki, tyle, że większych. Niegdyś służyły one tutejszej władzy ludowej, dziś w jednym z nich jest Uniwersytet Moskiewski, w innym – m.in. hotel. Odniesienia do socrealimu można pooglądać na jednej z linii metra, a także na placu Pabiedy (końcowa stacja metra). Mnie rozwalił pomnik Jurija Gagarina, bardzo wysoki, a na dodatek o ewidentnie fallicznym kształcie. Poza tym w momencie, kiedy dotarliśmy pod pomnik, zbierało się na burzę i jego metaliczny kolor i futurystyczny design współgrał ze stalowym kolorem nieba. Tego dnia naszymi przewodnikami byli Misza i Dasza.
W Moskwie zostaliśmy ****ście i bardzo gościnnie przyjęci przez gospodarza i jego przyjaciół. Wieczory to głównie imprezy z wódką i gitarą. Co ciekawe, żadnemu z sąsiadów nie przeszkadzała głośna muzyka, szczególnie, że szliśmy spać ok. 3,4 nad ranem. Wszechstronny repertuar – rosyjska klasyka, pieśni bardów, ale też cover Placebo „The Bitter End” czy death metalowa wersja „Biełyje Rozy” (kiedyś, dawno, dawno temu śpiewał to Laskowyj Maj) w wykonaniu Poopsa. Mieliśmy iść na koncert kapeli Andy`ego - So3D.ru, jednak perkusista za ostro przyimprezował wcześniejszego wieczoru i nie dotarł. Wylądowaliśmy więc na koncercie, podczas którego zagrał m.in. francuski PO BOX grający ska punk.

Moskwa – Irkuck
Podróż z Moskwy do Irkucka przebyliśmy koleją transsyberyjską. Spędziliśmy w niej cztery dni i cztery noce i był to najdłuższy odcinek, jaki przebyliśmy jadąc pociągiem. Dostaliśmy miejsca w jednym boksie. Jest to niezłe doświadczenie – być cały czas w drodze, mając świadomość, że za nami kilkaset kilometrów i kilkaset przed nami, i że jesteśmy na Syberii, kiedyś kojarzonej głównie z przymusowymi zsyłkami. Dla mnie z kolei Syberia to szkolna lektura z lat 80.tych „Czuk i Hek” Arkadego Gajdara, której bohaterami są bliźniacy – urwisy jadący wraz z matką w odwiedziny do stacjonującego na Syberii ojca, czerwonoarmisty. Przeżywają oni różne przygody, zarówno jadąc koleją transsyberyjska, jak i potem, w mroźnej tajdze.
Przez te kilka dni życie rytm dnia wyznaczają kawa, herbata albo zupka chińska zalewane wodą z samowara. W ramach rozprostowania kości można sobie zrobić spacer po peronie. Dokładne godziny postojów są podane na rozpisce wiszącej na drzwiach wagonu. Na peronach kwitnie handel, głównie artykułami spożywczymi: napojami, piwem, kwasem chlebowym, słodyczami czy wyrobami regionalnymi (np. pierożki z różnym nadzieniem).
Dla mnie prawdziwym wyzwaniem było mycie głowy. Jednak po dwóch razach dałam sobie spokój. Jazda pociągiem zaczyna nudzić się po dwóch dniach. Czytanie, rozmowy, planowanie dalszej trasy podróży, wysyłanie SMSów, odbieranie SMSów, robienie zdjęć, drzemka i tak w kółko. Cztery dni u kresu podróży do Irkucka byliśmy już porządnie zmęczeni.
Do Irkucka dotarliśmy 22 lipca. Na peronie odebrali nas tutejsi załoganci. U Paszy wzięliśmy prysznic (co za cudowne uczucie!), a wieczorem poszliśmy na próbę zespołu, w którym śpiewa. Próba miała miejsce w podziemiach budynku jednego z wydziałów uniwersyteckich. Tamtejsza załoga to bardzo młodzi ludzie, uczący się jeszcze w szkołach średnich, bądź studiujący. Scena ma swoją specyfikę; często w kilku kapelach grają ci sami muzycy, ludzie znają się nawzajem. Jest to dość hermetyczne środowisko, co ma miejsce z racji położenia geograficznego. Np. wyjazd na koncert do Moskwy wiązałby się z koniecznością przeznaczenia na sam dojazd ośmiu dni w obie strony, poza tym – z kosztami. Za to scenersi z Irkucka robią dużo pozytywnych rzeczy w mieście - organizują koncerty, co tydzień uczestniczą w przygotowaniu akcji FOOD NOT BOMBS, podczas której rozdawane są gorące posiłki osobom potrzebującym, w której wzięliśmy udział już po powrocie do Irkucka znad Bajkału. Wychodzi też zine FAKFOOD, redagowany przez Maksa.
Irkuck to spore miasto, z przemieszanymi stylami architektonicznymi – nowoczesne budynki, trochę socrealu i stare, jednopiętrowe podniszczone chałupki z typowymi rosyjskimi okiennicami, w najczęściej niebieskim kolorze. Wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej.
W Irkucku nocowaliśmy w salonie meblowym, w którym pracował jeden z przyjaciół Paszy. Mogliśmy sobie wybrać łóżka, na których spaliśmy Smile

Irkuck – Staraja Angasolka

Razem z naszymi znajomymi z Irkucka i ich przyjaciółmi, którzy dosiadają się do nas w pociągu, jedziemy nad Bajkał. Po ok. 3 godzinach jazdy elektriczką wysiadamy na stacji. Aby dotrzeć nad jezioro, trzeba iść ok. 45 minut przez las. Ten trzy kwadranse bezlitośnie nam uświadamiają, że komary na Syberii to niestety norma, poza tym żadne środki nie zapewniają przed nimi należytej ochrony.
Nad Bajkał docieramy wczesnym wieczorem. Do miejsca, gdzie można się rozbić, dociera się wzdłuż torów klejowych w prawo – na Sludiankę (tory w przeciwnym kierunku prowadzą do portu Bajkał, skąd promem przez Angarę można przeprawić się do Listwianki). Zmierzcha się. Pogoda dość chłodna. Pierwszy rzut na taflę wody i na drugi brzeg zapiera dech. Przestrzeń. Może trochę liczb: Bajkał ma 670 km długości, jego szerokość dochodzi do 79 km. Średnia głębokość jeziora wynosi 730 m, a największa – 1637 m, co daje mu pozycję najgłębszego jeziora na świecie. Powierzchnia Bajkału to 31,5 tys. km².
Kilka minut spaceru torami i docieramy nad sam brzeg do miejsca obozowiska. Bajkał to nie takie odludzie, jak nam się wydawało. Na stromych wzniesieniach nad jeziorem rozbite namioty i rozpalone ogniska. Krzątający się turyści noszą drewno na opał i gotują. My również rozbijamy się – komary chlają, poza tym robi się coraz chłodniej i powoli ściemnia się. Po krótkim rekonesansie idziemy spać.
Wioska, w której spędzamy kilka dni, to zaledwie kilka domostw, galeria sztuki regionalnej, właśnie rozbudowywana, przystań, skromnie zaopatrzony sklep, który notabene zaopatrywany jest dzięki dostawom elektriczki. Można w nim kupić makaron, kaszę, kawę, herbatę, gorzej z chlebem, którego dostawa jest uzależniona od przyjazdu elektriczki stanowiącej coś w rodzaju obwoźnego sklepiku. Jeśli chleb jest, to momentalnie rozchodzi się... jeszcze na peronie.
Nasz pierwszy ranek nad Bajkałem jest dość pogodny. Korzystamy z tego, że aura dopisuje i robimy pranie, wypróbowujemy też przenośny prysznic. Bajkalska woda mimo słońca lodowata, ale można się przyzwyczaić. Obczajamy okolicę. Wieczorem - impreza na świeżym powietrzu przy ognisku. Próbujemy rosyjskich specyfików – wódka pędzona przez ojca Wasyla z sokiem z brusznicy wchodzi rewelacyjnie i świetnie rozgrzewa. Siedzimy przy ognisku do późnego wieczora. Komary tną upierdliwie.
Następnego dnia pogoda pogarsza się. Rosjanie wracają do domów. My zostajemy. Po południu czeka nas burza i walka z jej efektami w postaci zerwanego tropiku i zalanej częściowo podłogi w namiocie.

Irkuck – Staraja Angasolka – Port Bajkał – Listwianka - Irkuck

27 lipca opuszczamy wioskę. Jedziemy elektriczką do Portu Bajkał, skąd mamy nadzieję jeszcze tego samego dnia przeprawić się promem przez Angarę do Listwianki. W wiosce panuje kompletna dezinformacja jeśli chodzi o godzinę odjazdu pociągu. Pani w magazinie mówi, że elektriczka będzie ok. 14.00, a rozkładu nie ma nigdzie. W ogóle z transportem kolejowym tutaj bardzo krucho: w ciągu doby przejeżdżają tutaj dwa pociągi, z czego jeden w dodatku co drugi dzień. Ale czekamy cierpliwie, bo siedzenie w jednym miejscu trochę nuży, szczególnie, że jeśli nie pada, to kropi, a jeśli nie kropi, to leje. Poza tym zależy nam, żeby przejechać się krugo-bajkalską linią kolei transsyberyjskiej, jadącej wzdłuż Bajkału, bo na tej trasie są interesujące widoki – przebiega ona przez liczne wykuwane mozolnie przez lata tunele skalne.
Ładujemy się z betami na peron, gdzie kręcą się turyści z ekskluzywnego turystycznego pociągu z dostawianymi schodkami, a także czekający na dostawę chleba miejscowi. Mija pół godziny od momentu spodziewanego przejazdu elektriczki. Nic. Godzina. Pociągu jak nie ma, tak nie ma. Znudzona długim czekaniem Ola ucina sobie drzemkę na plecakach. Darek idzie za potrzebą, potem ja, później Artur. Niestety, jego pobyt w krzakach brutalnie przerywa gwizd spóźnionej o 3 godziny elektriczki i nasze dramatyczne krzyki: „Dżodżo, szybko!!!” „Artur, pociąg!!!”. Rozpoczyna się walka z czasem Artura i jego dziki bieg. Tymczasem pociąg stoi jeszcze kilka minut. Odjeżdżamy dopiero ok. 16.30.
Pełniąca funkcję obwoźnego sklepu elektriczka zatrzymuje się na wszystkich zadupiach. Postoje trwają nawet kwadrans. Podczas pierwszego kupujemy wreszcie upragniony chleb. Spóźnienie wynagradzają nam widoki – cały czas przez okna pociągu widać Bajkał, strome brzegi i urwiska skalne, dzikie plaże i zatoczki. Pociąg jedzie przez liczne tunele. Podróż wydłuża się, do Portu Bajkał docieramy mocno spóźnieni. Na miejscu czeka nas przykra niespodzianka – tego wieczora nie ma już promu do Listwianki. Następny i pierwszy jednocześnie następnego dnia jest dopiero przed 16.00.
Orientujemy się w terenie – trzeba znaleźć miejsce na nocleg. Nad samym brzegiem Angary odpada, jesteśmy widoczni, więc nie chcemy ryzykować. Pozostaje wdrapanie się na górę, porośniętą lasem, co robimy. Rozbijamy się na polance kilkadziesiąt metrów od ostatnich zabudowań. Jest tragicznie – tutejsze komary są chyba jakieś zmutowane – tną bezlitośnie, po rękach, po twarzy, w dodatku są ich takie chmary, że trzeba ewakuować się do namiotów, inaczej niechybnie zeżarłyby nas chyba żywcem. Po zasunięciu namiotów słychać bzyczenie całej chmary. Kilku udaje się wlecieć do namiotu, Darek wybija je konsekwentnie. Podczas naszego całego pobytu nad Bajkałem ani nigdy wcześniej, ani nigdy później nie mieliśmy do czynienia z taką plagą komarów, jak tutaj. Być może spowodowała to deszczowa pora, na jaką trafiliśmy. Nocując w tym miejscu, trzeba sobie odpuścić ognisko i siedzenie na zewnątrz.
Rano zwijamy namioty. Mieliśmy nosa, bo chwilę później porządnie się rozpadało i lało do momentu, kiedy opuszczaliśmy Port Bajkał. Zrobiliśmy zakupy w old schoolowym sklepie spożywczym, w którym czas się zatrzymał; okna częściowo zabite dechami, stara wydeptana podłoga i wystrój rodem z lat 70 tych. Sklep okazał się jednak bardzo dobrze zaopatrzony, w pieczywo, wodę mineralną i moje ulubione pierniczki irkuckie o smaku miętowym. Mają tutaj nawet agrafki Smile Chałwa na wagę, którą kupujemy w dużej ilości, jest rewelacyjna, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że najlepsza na świecie Smile Kupujemy też płaszcze przeciwdeszczowe. Przeczekujemy jakoś ulewę i wreszcie przeprawiamy się promem przez Angarę, co zajmuje nam ok. 5 minut.
Listwianka to kurort dla dzianych snobów. Dość charakterystyczne jest jego położenie: idąc od portu, po prawej stronie niemal cały czas ciągnie się Bajkał, po lewej – hotele, restauracje, sklepy z pamiątkami i inne przybytki dla turystów. Nieco dalej znajdują się drewniane chałupki miejscowych w starym rosyjskim stylu. Bezskutecznie poszukujemy pola namiotowego by w końcu dowiedzieć się, że takiego nie ma. Możliwe jest jedynie wynajęcie domku w kilka osób, jednak cena zniechęca. Jest owszem, już niedaleko plaży, coś co nasuwa skojarzenia z polem namiotowym – polanka z mnóstwem altanek, w których można imprezować, czy przyjechać z rodziną na piknik, ale ciężko nazwać to polem namiotowym, choćby z racji faktu, że miejsce znajduje się na dość pochyłym terenie. Po prostu w pojęciu Rosjan, przynajmniej w tej części Syberii, nie istnieje cos takiego jak płatne pole namiotowe z dostępem do natrysków i WC.
Ostatecznie miejsce obozowania znajdujemy kilkadziesiąt metrów dalej, na wzniesieniu na plaży. W okolicy rozbiło się już kilka osób. Gorzej było z ubikacją – do „klopa” trzeba było tym razem wbiegać na górę.
W Listwiance spędziliśmy dwa dni, podczas których byczyliśmy się na plaży, zażerali chałwą i opalali. Tym razem było upalnie. Byliśmy też w górach nad Bajkałem. Pogoda spłatała nam figla dopiero wieczorem, kiedy mieliśmy powtórkę z burzy, tyle, że było groźniej. Przez kilka godzin grzmiało, wiatr szarpał namiotami i lało. Rano pojechaliśmy busem do Irkucka, gdzie pomagaliśmy przy FOOD NOT BOMBS.

Irkuck – Nauszki

Kolejny etap podróży przebyty koleją transsyberyjską. Opuszczamy Rosję. Znowu dostajemy miejsca w boksie, jednak niezbyt szczęśliwie przy zamkniętym na amen oknie; dobrze, że to tylko kilkanaście godzin jazdy, a nie cztery dni, jak z Moskwy do Irkucka, bo można wymięknąć z powodu upału.
Do Nauszek, rosyjskiego miasta granicznego, docieramy rano. Spotykamy Polki ze Śląska podróżujące ze znajomymi ze Słowacji. Kupujemy bilet na coupe tylko do Suche Bator, co jak się okaże wkrótce, było słuszną decyzją, ponieważ bilet na express transmongolski do Ułan Bator kupiony w Mongolii jest tańszy, niż gdyby go kupić w Rosji. Panie w kasie w Nauszkach, pytane o cenę biletu do Ułan Bator nabierały wody w usta i udawały, że nie rozumieją pytania.
Do pociągu jadącego do Suche Bator trafiamy trochę za późno – po odprawie celnej. Urzędniczka rosyjska wściekła, że nie daliśmy paszportów na czas, za nas dostaje się też Bogu ducha winnej prowadnicy. Funkcjonariuszka żąda kart imigracyjnych, jakie powinniśmy otrzymać przy przekraczaniu granicy w drodze do Rosji. Nie mamy ich, ponieważ kiedy przekraczaliśmy granicę w Brześciu, nikt nam ich nie dał. Celniczka i jej koledzy nie wierzą, straszą, ze nas cofną do Rosji. Polecają nam iść do ich biura. Tam się zaczyna: a ile jesteście w Rosji, a na jak długo, i w końcu pada pytanie, na które byliśmy przygotowani: o registrację. Tłumaczymy zgodnie, że nie mamy registracji, bo w żadnym miejscu nie jesteśmy dłużej, jak dwa dni, poza tym podróżujemy pociągami przez kilka dni. Łykają tłumaczenie i wreszcie możemy wejść do pociągu.

Nauszki – Suche Bator

Z kolei w Suche Bator odprawa paszportowa idzie gładko, tyle, ze trzeba wypełniać chyba ze trzy formularze, do wyboru po mongolsku lub angielsku, w tym informacje o stanie zdrowotnym; chodzi głównie o objawy charakterystyczne dla zespołu SARS, z powodu której to choroby kilka lat temu każdy kto przekraczał granicę w Chinach musiał być poddany badaniom temperatury. Zaraz po opuszczeniu pociągu mamy już wymienione tugeriki – handlarze walutą obstawiają wagony.
Kupujemy bilety na Transmongolian Express do Ułan Bator. Na dworcu tumult, przepychanki – Azja wita Smile Jeśli chcesz mieć bilet, musisz się pchać, bo kurtuazyjne i grzeczne czekanie w kolejce tutaj to abstrakcja. Trzeba zapychać się rękami i nogami i bez pardonu napierać na okienko kasowe, bo chwila nieuwagi i zostanie się na lodzie. Bilety kupiliśmy, co prawda tym razem na miejsca wzdłuż wagonu (układ miejsc w wagonie mongolskiego pociągu odpowiada rosyjskim płackartnym). Pociąg był bardzo oblegany, miał kilkanaście wagonów. Jeszcze tylko zaopatrzylismy się w napoje na zaimprowizowanym w okolicach dworca bazarku. Warunkiem zakupienia interesującej nas oranżady było przelanie jej ze szklanych do butelek do plastikowych – sprzedawca usłużnie oferował swoje butelki, z tego co widać, pewnie kilka razy eksploatowane. W trosce o nasze żołądki i wątroby podziękowaliśmy, mając większe zaufanie do naszych, których na szczęście nie zdążyliśmy wyrzucić. Od tej pory myliśmy zęby wodą mineralną. W Suche Bator rozpoczęliśmy kolejny etap podróży.
Suche Bator – Ułan Bator - Terelż
Do Ułan Bator docieramy 2 sierpnia rano. Na samym początku niemal jesteśmy rozrywani przez miejscowych taksiarzy – którzy o mały włos, a pobiliby się o nas. Harmider, przekrzykiwanie się, i specyficzna metoda łapania klientów do busów: w każdym z aut znajduje się krzykacz, stojący w otwartych drzwiach wołający niczym przekupka na targu coś w rodzaju zachęty i miejsca docelowego. Mongołowie nie lubią się targować, poza tym trzeba uważać na to, co się z nimi ustala. Jeśli np. pokaże na palcach, że 5000 tugerików kosztuje kurs, to faktycznie oznacza, że sumę tę trzeba zapłacić, ale od osoby, a nie jak było mówione na początku, od grupy osób. Normą jest, że inny cennik przewidziany jest dla turystów, inny – dla miejscowych. Toteż do Ambasady Chińskiej udaliśmy się na piechotę – inaczej można zostać wyrolowanym już na starcie. Wiza była do odebrania w ciągu kilku dni.
Ułan Bator to miasto kontrastów – nowoczesne budynki w centrum, kafejki internetowe na każdym kroku, a niedaleko centrum i na przedmieściach jurtowiska. Różnie bywa z porozumiewaniem się – o ile w guesthotelu, w którym zatrzymaliśmy się, obsługa bez problemu mówiła po angielsku, o tyle panienka w recepcji nowoczesnego hotelu, którą usiłowaliśmy zapytać o ambasadę chińską – prawie ani me, ani be. Zrozumiała nas, jednak bardzo dużo kosztowało ją udzielenie nam odpowiedzi. Podobnie jest na lotnisku, gdzie jedna pani zanim nam odpowiedziała, długo myślała, a druga ucinała sobie drzemkę w okienku. Niektórzy natomiast posługują się rosyjskim. Natomiast z prawdziwym profesjonalizmem i biegłą znajomością angielskiego spotkaliśmy się w biurze Aerofłotu, gdzie zostaliśmy fachowo obsłużenie i nie było pytania, na które kompetentna pani rezerwująca nam lot z Pekinu do Warszawy, a potem sprzedająca bilet, nie udzieliłaby odpowiedzi. Niektórzy na pytanie o znajomość angielskiego odpowiadali rozbrajająco: „ciut – ciut”, „so so” lub rzeczowo „a little”.
A propos guesthotelu, to w mieście jest ich kilkanaście, o różnym standardzie. Z reguły mieszczą się w blokach lub kamienicach, są skromnie umeblowane i stanowią swego rodzaju międzynarodową przechowalnię – ludzie zatrzymują się tutaj z reguły na jedną noc, i z samego rana już ruszają w dalszą drogę. Spotkaliśmy turystów z Polski, Izraela, Szwecji, Holandii. Nocleg w sali zbiorowej kosztuje 5 dolarów od osoby, w ramach tego jest dostęp do ciepłej wody (choć ostatniego dnia mieliśmy tylko zimną), możliwość ugotowania sobie obiadu w dostępnej dla wszystkich kuchni. Poza tym część guesthotelu to, czyli zwykle mieszkanie obok, biuro, w którym urzędują właściciele, o gdzie można zasięgnąć informacji. W sezonie te bardziej znane guesthotele pękają w szwach, nam udało się dopiero znaleźć nocleg za trzecim podejściem („Backpackers”).
Warto udać się do kompleksu budynków należących do mnichów buddyjskich, kawałek za centrum miasta. Niestety, nam dwojgu nie było dane pobyć na pustyni Gobi; facet, który miał nas tam zawieźć helikopterem wojskowym, wystawił nas. Po prostu nie zjawił się na umówione spotkanie, mimo, że kwestia finansowa była dogadana (kilka dni później na Gobi znaleźli się tam Ola i Artur, którzy zrezygnowali z Chin i zostali dłużej w Mongolii).
Z ciekawych miejsc w okolicy Ułan Bator polecam pojechać do odległego o ok. 1,5 h Terelża, wioski położonej w górach i nad rzeką. Dla chętnych do górskiej wyprawy czekają stepy i przeprawy wpław rzeki. W weekend przyjeżdża tutaj mnóstwo miejscowych z całymi rodzinami i mimo, że rozbijają się jeepami, korzystają z dóbr cywilizacji typu komórki, słuchają na cały regulator Modern Talking na przemian z ludową muzyką, nadal hołdują tradycji – w Mongolii, w przeciwieństwie do Chin, multum ludzi przyjeżdża z namiotem, a jeśli rodzina jest liczna, to nawet z kilkoma namiotami. Są bardzo serdeczni, przyjaźnie nastawieni i służą pomocą, np. przy rozpalaniu ogniska Smile Zagadują, czasami po rosyjsku lub angielsku, zapraszają bezinteresownie na obiad, gotowany w wielkim garze, niestety, z zaproszenia nie skorzystaliśmy, ponieważ mongolskie dania są głównie mięsne (prym wiedzie baranina).
A propos jedzenia – próbowaliśmy bardzo tutaj popularnych lodów z kumysa, czyli skisłego mleka kobylego. Ohyda, coś jak nasze zsiadłe mleko, ale słodkie i śmierdzące. Jeśli ktoś natomiast lubi celebrować picie herbaty, w Ułan Bator jest zatrzęsienie smakowych, firmowych herbat, (np. Ahmad Tea), które kosztują tam kilka razy taniej niż w Polsce.
Terelż – Ułan Bator - Erlian

Z Terelża można zrobić sobie spacer wzdłuż drogi do Ułan Bator. Przy upałach, jakie tam panowały, było to nieco męczące, szczególnie, że cały dobytek nieśliśmy na plecach. My, nie spiesząc się specjalnie, wyszliśmy wczesnym popołudniem i po ok. 8 km rozbiliśmy namioty w pierwszej osadzie, jaka ukazała się na horyzoncie. Tam pochodziliśmy po górach, by dwa dni później wrócić do Ułan Bator, równie rozklekotanym i prawie tak samo zatłoczonym autobusem.
W Mongolii z wiadomych względów nie da się być anonimowym. Jednocześnie nie jest tak, że jest się jedynymi białymi – w Ułan Bator spotkaliśmy Polaków, w Terelżu Niemca, który z 20.osobową grupą znajomych przyjechał tutaj z Monachium w ramach wymiany międzynarodowej. Bycie białym czasami bywa uciążliwe – miejscowe dzieci non stop podchodzą i proszą o kasę: money, diengi, którym towarzyszy intensywna gestykulacja i wszystko jasne. Trzeba być bardzo asertywnym.
Kolejnym etapem naszej podróży były Chiny, do których jak wspomniałam, pojechaliśmy w uszczuplonym o połowę składzie. Mieliśmy do wyboru dwie opcje: tańsza - jechać pociągiem do Zamiin Ude i tam dać w łapę kierowcy za przewiezienie przez granicę, oraz droższą – coupe, od razu do chińskiego Erlian. Znając pazerność mongolskich przewoźników i mając świadomość, że odległości między jednym, a drugim miejscem docelowym są duże, a czasu mało, decydujemy się na tę drugą opcję. Kupienie biletu kosztuje nas trochę wysiłku, bo na tutejszym dworcu kolejowym nie ma możliwości zakupu biletu w wyprzedzeniem – można to zrobić tylko tego samego dnia i to rano, bo później może zabraknąć biletów. Ponadto trzeba je kupić w innym budynku, naprzeciwko gmachu głównego dworca.
W przedziale jadą z nami Chinka i Francuz, nawiązujemy konwersację. W nocy pociąg jedzie przez Gobi, tereny pustynne ciągną się aż do rana, na pocieszenie Darek robi zdjęcia z okna pociągu. Rano okazuje się, że leżanki pokryte są piachem mimo leżących na nich prześcieradeł. Jeszcze żmudna kontrola paszportowa i wysiadamy w Erlian.
O ile Mongołowie ze swoim podejściem do turystów bawili mnie, o tyle Chińczycy – ****. I to już na samym początku. W Erlian zastanawialiśmy się, jak dostać się do Pekinu. Droższa opcja tłoczenia się w busie w kilka osób i wysiadka w Pekinie w środku nocy odpadła. Idziemy na dworzec autobusowy dowiedzieć się o autobus sypialny. Towarzyszy nam odtąd poznana na dworcu Nicola z Kanady. Kierowcy, zobaczywszy białych, nie znających języka chińskiego, wpadają w amok. Łażą za nami krok w krok, całą watahą, powtarzając uparcie angielszczyzną w stylu Kalego, że biletów na dziś już nie ma. „No tickets, you no buy tickets”, licząc, że się złamiemy i zdecydujemy na przejazd do Pekinu ich samochodami. Tknięta przeczuciem, że bilety są, udaję się prosto do kasy, oczywiście ze wszystkich stron otaczają mnie chińscy taksówkarze, powtarzający z uporem maniaka swoje „you no buy tickets”.
Babka w kasie nie mówi po angielsku, a upierdliwcy widząc, że nic nie wskórają, używają innej taktyki: mówią coś do kasjerek, bardzo ożywieni. Z pomocą przychodzi nam stojąca w kolejce znająca język Szekspira Mongołka, która obiecuje pomoc w kupieniu biletów. Można je kupić, choćby na autobus odjeżdżający za pół godziny! Tymczasem jeden z rozczarowanych kierowców... wykupuje plik kilkunastu biletów i ostentacyjnie macha nam nimi przed oczami. Robi się zamieszanie, Mongołka rozmawia to z kasjerką, potem z pracownikiem dworca, zajmującym się odprawą autobusów. Ten pyta, kto chce kupić bilety i ile. Za godzinę jedziemy do Pekinu.
Erlian - Pekin
Autobus sypialny ma miejsca leżące na dole i u góry, ok. 36 leżanek. Nam dostają się górne. Po obu stronach leżanki są metalowe uchwyty, zabezpieczające przed spadkiem z łóżka w trakcie jazdy. Bardzo przydatne rozwiązanie – szczególnie, że nad ranem strasznie telepało. Zaraz po wejściu do pojazdu należy zdjąć buty, żeby nie nabrudzić na wykładzinie. Cały wieczór przegaduję z Nicolą, która w Chinach jest już drugi raz, która na codzień pracuje jako nauczyciel, często robi sobie samotne eskapady np. do Afryki; była w Zambii czy Ugandzie. Wymieniamy się adresami mailowymi. Kierowca robi dwa postoje – jeden krótki na siku; w szczerym polu panie idą na prawo, panowie na lewo, następny dłuższy na późną kolację. Żołądek tęskni za ciepłym posiłkiem: warzywa i ryż wyglądają zachęcająco, ale oblizujemy się smakiem; wizja sraczki w autobusie sypialnym ostatecznie przemawia mi do wyobraźni.
Pobudka jest brutalna – światłem po oczach i chińską kocią muzyką po uszach (orientalna odmiana disco polo z zawodzącym dziewczęciem). Do Pekinu docieramy ok. 6 rano. Tamtejszy klimat daje obuchem po głowie – nie ma słońca, a jest parno, duszno, nie ma czym oddychać. Poza tym pekińskie niebo jest szaro-bure. Udajemy się autobusem w okolice placu Tienanmen, tutaj też rozdzielamy się z Nicolą. Plac Niebiańskiego Spokoju, na którym kiedyś rozegrała się tragedia mordu na protestujących studentach, już w godzinach rannych tętni życiem. Kolejki turystów – przeważnie z Chin, ustawiają się, by kupić bilety do mauzoleum, w którym spoczywa – ponoć zawodowo zakonserwowany przez wietnamskich specjalistów - Mao Zedong.
W południe docieramy do Saga Youth Hostel, gdzie decydujemy się zostać jedną noc. Ceny są wyższe niż w przewodniku – zamiast 5 dolarów, 7 od osoby. Poza tym dostajemy łóżka w osobnych pokojach, bo nie ma miejsc. U Darka w pokoju dziwna persona – brodacz w nieokreślonym wieku, prawdopodobnie z Iraku, który koczuje w hotelu już od ponad miesiąca, w ogóle z niego nie wychodzi, robi wrażenie niedorozwiniętego, ale za to jest czujny i zadaje mnóstwo pytań mimo pozorowanego braku zainteresowania tym, co się dzieje wokół. O sobie nie mówi nic, a udaje, że nie rozumie pytania. Z poznanym w schronisku Rafałem z Warszawy spekulowaliśmy, że to agent Smile
Pekin to miasto, gdzie stara kultura Państwa Środka ściera się z modernistycznym budownictwem. Z jednej strony stary Pekin z hutongami, starymi dzielnicami, orientalny styl Zakazanego Miasta, z drugiej – szklane domy, drapacze chmur itp. Zachodni Dworzec Kolejowy (Beijing West Railway Station) z którego odjeżdżają pociągi w kierunki Syberii, to prawdziwy kolos. Ludzi jak mrówek. Pekin opanowany jest przez rowerzystów, którzy jeżdżą po najbardziej ruchliwych ulicach. Rowery można niedrogo pożyczyć w specjalnych punktach, czy działających w ramach hotelików wypożyczalniach, na godzinę czy jak kto woli na cały dzień, uiszczając kaucję ewentualnie zostawiając w zastaw paszport. Również próbujemy przejażdżki, zachęceni przez Rafała. Trasa prowadziła z guesthotelu Saga International Youth Hostel na Dworzec Zachodni. O ile w Warszawie miałabym opory przejechać Marszałkowską czy Alejami, o tyle w Pekinie po prostu się o tym nie myśli, warto więc było ulec pokusie. Szkoda, że tylko raz, ale tego samego dnia mieliśmy pociąg do Shanhaiguan nad Zatokę Pohaj (lub, jak kto woli, Bo Hai) i już kupione na niego bilety. Ledwo na niego zdążyliśmy – podczas jazdy na rowerze w Pekinie padała intensywna ulewa, w trakcie której przemokliśmy do suchej nitki.
Pekin – Shanhaiguan
Z biletem na pociąg oczywiście nie poszło łatwo – oczywiste bariery językowe. Natomiast byliśmy zaskoczeni, że trafił nam się dobry pociąg; byliśmy psychicznie nastawieni na trwające wiele godzin siedzenie w kucki na podłodze wśród ciekawskich spojrzeń Chińczyków, nierzadko charczących i spluwających na ziemię (kłaniają się różnice kulturowe...). Okazuje się, że im niższy numer pociągu, tym lepsze warunki jazdy, tym bardziej, że był dodatkowo poprzedzony literą (K-27). O klasie pociągu informuje także literowe oznaczenie poprzedzające numer pociągu – jego obecność może nas uspokoić.
Tymczasem podróż zajęła nam ok. 5 godzin w pozycji siedzącej – kupiony bilet gwarantował miejscówki. Nawet, jeśli ktoś inny zajął nasze siedzące miejsca, stanowczo należy pokazać bilet i można wysiudać tego, kto je zajął. Wagon, w którym jechaliśmy, przypominał jeżdżący kiedyś na trasie Warszawa – Kielce „Żeromskiego” lub „Sienkiewicza” – bez przedziałów, ale z wygodnymi miękkimi siedzeniami. Podobnie jak w rosyjskich i mongolskich składach, również w chińskich znajduje się urządzenie z wrzątkiem, bardzo przydatne, bo sami Chińczycy pochłaniają spore ilości chińskich zupek.
Nawet podczas jazdy pociągiem widać znamiona państwa policyjnego – bilety sprawdzała ekipa złożona z bodajże siedmiu osób. Bilet koniecznie trzeba zachować aż do momentu opuszczenia dworca – przy wyjściu sprawdzają je kontrolerzy. Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiały absurd, tym bardziej, że kontrola taka ma miejsce również przy wejściu na peron, łącznie z prześwietleniem bagażu. W pociągu byliśmy sensacją – siedzący naprzeciwko mnie Chińczyk, niczym Anatolij Kaszpirowski, bezczelnie wpatrywał się w każdy mój gest – krojenie chleba, smarowanie go tofu i jedzenie. Widać też było, że jesteśmy tematem rozmów.
Do Shanhaiguan docieramy przed północą. Mamy ustalone, że idziemy poszukać zajazdu, którego nazwę znaleźliśmy w przewodniku. Ledwo opuściliśmy budynek dworca, a już dopada nas naganiaczka w towarzystwie taksówkarza i proponują nam kurs za... 1 Y. Trochę to podejrzane, bo za tak małą stawkę żadnemu kierowcy nie powinno chcieć się nawet ruszyć z miejsca (przykładowo dla porównania: 50 Y kosztuje najtańszy nocleg, jaki udaje nam się znaleźć w zapyziałym motelu). Ciężko było ich zgubić: Nie wystarczyło stanowczo powiedzieć, że nie. Powtarzaliśmy w kółko: no, no, w końcu zaczęłam się wydzierać, co też niewiele poskutkowało. Gość mimo to namolnie i bezczelnie jechał taksówką za nami w nadziei, że zmiękniemy.
Przechodząc obok grupy imprezujących miejscowych, zapytaliśmy, na migi, i posługując się słownikiem, o możliwość noclegu. Nasi rozmówcy zczaili, o co nam chodzi i wykonali telefon. Z drugiej strony komórki było słychać damski głos. Myślę: fajnie, dzwoni do jakiejś przedstawicielki guesthotelu, zaraz ktoś pod nas podjedzie albo podejdzie.
Chwilę potem – konsternacja. Wolno podjeżdża radiowóz policjant, jak się okazuje – Chińczycy zadzwonili na policję a ów damski głos, który słyszeliśmy, to policyjna dyspozytorka. Policjanci wypytali, skąd, po co i dlaczego, wyjaśniłam, że nie możemy znaleźć hotelu, po czym... zaprosili nas do radiowozu. Byli bardzo pomocni – wozili nas po mieście, szukając hotelu, o którym wspomnieliśmy. W międzyczasie pytali, skąd jesteśmy i dam głowę, że nie mieli pojęcia, gdzie jest „Poland”. W pewnym momencie szef policjantów zdobył się na osobiste wyznanie: „You are beautiful”, nie precyzując jednak, czy ma na myśli Darka, mnie czy nas oboje Smile
Trochę minęło, zanim zczaili, że chodzi nam o zajazd Dong Fang – jest spora różnica w wymowie tego słowa. Już w hotelu okazało się, że ceny są kosmiczne – nocleg kosztował 418 Y. Tłumaczymy, że w Pekinie płaciliśmy 5 $ za łóżko i że szukamy czegoś mniej komfortowego, byle można się umyć i przespać. Wychodzimy i z powrotem do radiowozu. Trafiamy na kolejny, również luksusowy hotelik. W recepcji – nikogo. Policjant lekko zniecierpliwiony, przeskakuje przez ladę w recepcji niczym James Bond i puka do drzwi. Wychodzi wściekła zaspana Chinka i burczy coś pod nosem. Na ścianie cennik – 580 Y za nocleg. Jest tragicznie. Znowu mówię, że za drogo. Jeszcze jedna taka sytuacja i umundurowani panowie przestaną być mili.
W desperacji pokazuję kolejną nazwę mieszczącego się nieopodal Northstreet Guesthotel. Wreszcie sensowna cena, mimo, że po dokładniejszym rekonesansie warunki sanitarne nie zasługują na te 50 Y za osobę. O ile łóżka wygodne i schludne (choć głowy nie dam, że pościel była tam zmieniona od pobytu poprzednich gości), o tyle fragment ściany pokryty grzybem, kontakty innego typu niż standardowe, przez co o podładowaniu jakiegokolwiek urządzenia można pomarzyć, a łazienka woła o pomstę do nieba: zapchany i brudny kibel, niespłukana wanna, w której pływają kłaki; czuję się jakbym grała główną rolę w japońskim horrorze „Dark Water”. O dziwo, w prysznicu jest ciepła woda, więc można się umyć, rzecz jasna uprzednio nakładając na nogi japonki. Późnym rankiem ewakuujemy się.
Rano wyjaśniło się, dlaczego mieliśmy problem ze znalezieniem hotelu. Poszliśmy w złym kierunku, dopiero potem okazało się, że zajazd, którego szukaliśmy, jak i pozostałe dwa hotele, był za murami miasta w jego pierwotnym kształcie, a brama, która wydała nam się zamknięta, była po prostu nieoświetlona od wewnątrz.
W ramach dłuższego spaceru z całym dobytkiem idziemy na plażę, na którą notabene można dojechać tanim autobusem linii 25 z centrum miasta. Miejsce, w którym Mur Chiński styka się z Morzem Żółtym, nazywa się Laolongtou. Jest to bardzo oblegana plaża, z reguły przez miejscowych, choć nie brak też turystów z innych chińskich miast. Mur tutaj jest częściowo zrekonstruowany, na pewno jest to ukłon w stronę turystów. Na plaży spędzamy kilka dni i kilka nocy. Lenistwo. Jemy, opalamy się, wchodzimy do wody. O 6.00 rano jest już upał, więc wstajemy wcześnie, bo w namiocie nie da się wytrzymać, za to chodzimy spać o 19.00, bo o tej porze jest tutaj już ciemno. Namiot rozbiliśmy tuż pod Murem, między drzewami i w pobliżu rosnących krzaczków marihuany, których było tam od zatrzęsienia.
Może kilka wtrętów na temat chińskiego jedzenia. W sklepach przede wszystkim bardzo tanie tofu. Można kupić przeróżne jego odmiany: wędzone, wyglądające jak prostokątna odmiana zakopiańskiego oscypka, naleśniki tofu, makaron tofu i oczywiście tradycyjne do smarowania chleba. Nie wszędzie natomiast był duży wybór. My mieliśmy upatrzony jeden nieźle zaopatrzony market. Na miejscu panie przyrządzały sprzedawaną na wagę sałatkę, z wieloma składnikami do wyboru: makaron tofu, chińskie grzybki, bambus, glony, jakieś bliżej nieokreślone warzywa, wszystko pikantnie przyprawione i obowiązkowo polane sosem sojowym.
O ile Chińczycy mają ****ście smakujące, przyprawione warzywa i tofu, jakiego nie kupimy w Polsce, o tyle słodycze są ohydne. Ogromnym „przysmakiem” Chińczyków są sprasowane tabliczki... zielonego groszku z cukrem. Kolor tego kuriozum jest jasnożółty, smakuje jak mdły piasek. Sprzedawczynie zachwalają to, wciskają niczego nieświadomym klientom. Równie udziwnione są ichnie lody – także o smaku m.in. zielonego groszku. Nie byliśmy w stanie tego zjeść, po ugryzieniu jednego kęsa wylądował w trawie.
W Chinach nigdzie nie można było dostać białego pieczywa. Jedyne, co było dostępne zarówno w sklepikach i marketach, to coś a la polska chałka, tyle, że nieco mniej słodkie. Jednak połączenie tofu, które zwykle posypywaliśmy jarzynką, ze słodkim pieczywem, po kilku dniach zaczęło wychodzić nam bokiem. Nie ma też, podobnie jak w Mongolii, gazowanej wody mineralnej.
Wracając do naszej plaży, byliśmy obiektem zainteresowania Azjatów. Czasami bardzo bezczelnego: w naszym kierunku zmierza wesoła rodzinka – tatuś, mamusia i synek. Podeszli, coś tam podziamgali po swojemu, zdziwieni, że nie rozmawiamy z nimi, bo przecież zdaniem Chińczyków każdy na świecie zna chiński. Stoją, gapią się na nas jak na Ufo, kilka dobrych minut, najwyraźniej nas obgadują w końcu odchodzą... Z kolei przez chyba dwa poranki na „pogaduchy” wpada dwóch ochroniarzy z Muru Chińskiego; jeden wygląda jak rasowy agent. „Pogaduchy” polegają na tym, że z Darek pokazuje palcem odpowiednią frazę w słowniku (obok polskiego wyrazu znajduje się jego odpowiednik w „krzaczkach” i dodatkowo transliteracja). Za chwilę rozmówcy pokazują placem inne słowo i tak w kółko. Drugiego ranka konwersacja zakończyła się wspólnym śniadaniem – Darek częstuje gości chlebem z tofu.
Mieliśmy ambitny plan spędzić kilka dni w górach i nad jeziorem, więc udaliśmy się autobusem do oddalonego o jakieś 20 minut od Shanhaiguan Jiao Shan. Mur Chiński wijący się coraz wyżej i wyżej w dość stromych górach wyglądał zachęcająco, jednak nie poszliśmy na łatwiznę jak Chińscy turyści, wjeżdżający na górę kolejką linową i chroniący się przed upałem za pomocą parasolek. Chcieliśmy wejść inną drogą, opisaną w przewodniku Pascala jak idącą wzdłuż muru. Ponieważ założyliśmy, że zostaniemy tam kilka dni, i będziemy kierować się w stronę jeziora, zrobiliśmy zapas wody mineralnej, którą trzeba było taszczyć po kilka butelek na głowę, plus oczywiście cały bagaż.
Po chyba trzech kwadransach zostaliśmy pozbawieni złudzeń co do rzekomej ścieżki prowadzącej na szczyt. Jeśli takowa kiedykolwiek istniała, to albo zarosła, albo była jedynie wytworem imaginacji autora przewodnika; krzaczory i chaszcze, im wyżej, tym coraz bardziej stromo. Ponieważ na cofnięcie się tą samą drogą nie było szans, trzeba było dostać się na przeciwległe wzniesienie, przebyć zarośnięty wąwóz, przedzierać się przez krzaki. Towarzyszyły nam ciekawskie spojrzenia turystów przechadzających się o murze i okrzyki: Hello, where are you from? Kiedy docieramy na wzniesienie, tuż obok starego fragmentu muru, okazuje się, że nie ma możliwości rozbicia namiotu ze względu na skalny teren. Schodzimy z niego i rozbijamy się w małej kotlince; ostatni autobus do Shanhaiguan zresztą odjechał. Rano na piechotę idziemy do miasta, ponieważ nie chce nam się czekać na autobus. Jesteśmy skazani na plażę już do powrotu do Pekinu.
Przedostatniej nocy spędzonej nad Morzem Żółtym i tego skoku adrenaliny nie zapomnę nigdy. Śpię i w pewnym momencie słyszę, że ktoś odsuwa zamek od namiotu. Rzut oka na śpiącego obok w najlepsze Darka pozwala mi zakodować, że to nie on wraca z „sikania” i natychmiast budzę go. W tym samym momencie u wejścia do namiotu pojawia się chińska gadająca głowa. Napadli nas. Dębieję. Robi mi się gorąco – no ładnie, zaraz nas to ktoś zaciuka na pustkowiu. „Napastników” jest dwóch. Jeden agresywny, z butelką piwa, drugi, stoi za nim. Agresor w kółko powtarza tę samą frazę, wydaje się być zniecierpliwiony faktem, że nie podejmujemy konwersacji w ichnim języku i coraz bardziej wściekły. Próba porozumienia w języku angielskim to jedynie niepotrzebna strzępienie języka – gość nie czai zupełnie. Pokazuje, że mamy wyjść na zewnątrz i szarpie namiot. Teraz my drzemy się na niego. Darek próbuje negocjacji – na migi i posiłkując się Pascalem, ja w tym czasie przeglądam drugi przewodnik, z nadzieją na znalezienie numeru telefonu na policję, jednak bezskutecznie.
W końcu co nieco się wyjaśnia. Nieproszony gość najpierw wskazuje palcem znaczek oznaczający „200”, potem – pokój, uzupełniać to gestem „spać”.
Gość robi się coraz bardziej bezczelny – szantażuje nas, że jeśli nie wyjdziemy z namiotu i nie udamy się z nimi do hotelu, wezwie policję, na dowód tego wybiera numer na komórce. Dajemy do zrozumienia, że nie boimy się policji i cofamy się w głąb namiotu na znak, że ani nam się śni – nie damy się zastraszyć i nie skorzystamy z opcji drogiego noclegu.
Koleś jest jednak upierdliwy i najwidoczniej tępy, bo chyba fakt, że ktoś śpi w namiocie oznacza, że wybrał taką a nie inną opcję noclegu na własne życzenie, o czymś świadczy. Jednak nie daje za wygraną i szarpie namiot, coraz agresywniej drąc mordę. Darek, zwykle bardziej opanowany i skłonny do negocjacji, powinien jeszcze popracować nad asertywnością; jego no, no, thanks, nie jest przekonujące dla chińskiego ćwoka, który zakłócił nasz spokój i wtargnął w naszą prywatność. Darek swoje, a ten kretyn swoje, i tak w kółko, kilkanaście razy.
Ile można coś takiego znosić?! ****!!! Dostaję furii: czuję, że miarka się przebrała i że potrzeba konkretnej akcji. Każę Darkowi zostać w namiocie, sama zakładam buty i wychodzę. Nie myślę o tym, że **** może się okazać potomkiem Bruce`a Lee i pyknąć mi tak, że nakryję się nogami. Zaczynam drzeć mordę, coraz głośniej, Chińczyk też. Ja jeszcze głośniej. On to samo. Chwytam go pod łokcie i kieruję w stronę drogi, prowadzącej z plaży do miasta. Sylabizuję: We stay here, pokazując na nas i na namiot, a potem na nich i na zejście z plaży: and you go there!!! Gość zaczyna się łamać, nadal jest ****, że biała kobieta nie dość, że swojemu chłopu każe się nie wtrącać, to jeszcze się nie certoli. Konsternacja; kobiety w Chinach to tylko baby towarzyszące facetom; sama to zaobserwowałam podczas naszego pobytu, kiedy miejscowi głównie próbowali zagadywać Darka. Poza tym jego towarzysz wydaje się być coraz bardziej ubawiony całą sytuacją. Gość jeszcze coś tam rzuca pod nosem i wreszcie odchodzą.
Jest 1.00 w nocy. Szczelnie zasłaniamy się przed komarami i wychodzimy przed namiot, czuwając jeszcze jakiś czas z latarką w pogotowiu. Spodziewaliśmy się, że wrócą, żeby się zemścić i rozwalić nam namiot, albo że wezwą policję. Najbardziej hardcore`owa wersja, jakiej się obawiałam, była taka, że sprowadzą posiłki w postaci swoich kolesi. Jednak nic się nie stało, choć miałam problem, żeby usnąć nad ranem. Spokojnie zresztą było też kolejnej, ostatniej już nocy nad morzem.
Następnego dnia na plaży pojawiła się międzynarodowa grupka turystów ćwiczących tai chi, wśród nich Polak obecnie mieszkający w Niemczech. Mieli ze sobą przenośny rozstawiany namiot. Okazało się, że poprzedniej nocy tamta dwójka też ich zaczepiła, ale ponieważ ich towarzyszka (bodajże ze Stanów) biegle mówi po chińsku z racji mieszkania wiele lat w Pekinie, skończyło się na pogaduszkach, pytaniu o to, gdzie można kupić taki namiot jak oni mają. Nie ma to jak znajomość języka. Nad nami gość poczuł przewagę z racji faktu nieznajomości przez nas chińskiego. A ja tego jednego razu szczerze cieszyłam się, że Chiny to zamordyzm policyjny; za jakieś akcje wobec turystów goście mieliby po prostu ****. Zresztą gdyby kretyn wezwał wtedy w nocy policję, nie miałabym skrupułów, żeby go pogrążyć. Dla mnie otwarcie namiotu i przy okazji rozwalenie zamka przy moskitierze to była napaść i gówno by mnie obchodziło, że gość musiałby się grubo tłumaczyć.
Do Pekinu wracaliśmy piętrowym pociągiem z miejscami siedzącymi. Tak więc po raz kolejny nie było nam dane zasmakować w specyficznym klimacie, kiedy to z powodu tłoku trzeba siedzieć na podłodze i oprócz ciekawskich spojrzeń znosić głośne chrząkanie i spluwanie gdzie popadnie chińskich chłopów.
W Pekinie byliśmy wczesnym wieczorem. Resztki yuanów, jakie nam zostały, nie pozwoliły na wykupione „dwójki” w guesthotelu, a dormitoria były zajęte. Na zasadzie „jakoś to będzie” wsiedliśmy w autobus jadący na lotnisko (nazywa się Airport Shuttle (jedzie ok. godziny, ma kilka przystanków w mieście, a bilet kosztuje 16 Y) w nadziei, że może gdzieś uda się rozbić namiot. O ile po drodze mijaliśmy jakieś mniej lub bardziej zadrzewione tereny, o tyle okolice Capital Airport pozbawiły nas złudzeń; istna betonowo-metalowa pustynia.
Pozostał nocleg na lotnisku, co nie okazało się wcale taką złą opcją. Nikt nas stamtąd nie próbował wyrzucać, jedyne sugestie wysuwali hotelowi naganiacze krążący z karteczkami z nazwami hoteli. Na lotnisku spotkaliśmy grupę Polaków z okolic Gdańska, siedzących na karimatach i walących tequillę. Dołączyliśmy do nich. Lecieli wcześniejszym samolotem do Moskwy, a potem stamtąd wszyscy mieliśmy lot do Warszawy tym samym Boeingiem.
W okolicy północy ruch w hali lotniska zamarł, pasażerowi oczekujący na loty poszli spać, główne na siedząco. My walnęliśmy się na karimatach. O 6.00 rano rozpoczął się ruch i trzeba było się zbierać. Odprawa poszła sprawnie, czego nie można powiedzieć o naszych ziomkach znad morza – pazerni celnicy skasowali im zakupiony alkohol pod pretekstem zakazu wywożenia... dobra narodowego!!! (stylizowany gąsiorek z chińskimi malowidłami). O 11. 50 odlecieliśmy do Moskwy, lot trwał 8 godzin. W Moskwie po kilku godzinach czekania - drugi lot i na 21.00 czasu warszawskiego byliśmy na Okęciu.
Kate
P.S.
Na koniec chcielibyśmy pozdrowić naszych znajomych poznanych w Moskwie, Irkucku i nad Bajkałem i podziękować za **** czas, jaki spędziliśmy w ich towarzystwie: Nadyię, Andy`ego (moskiewskie imprezy rządzą Wink , Patrika, Poopsa, Kuźmicza, Miszę i Daszę, Maksa, Paszę, Igora, Sokrata, Boogiego, Wasyla i ich przyjaciół i zapraszamy do nas Smile Pozdrawiamy też Rafała z Warszawy, którego poznaliśmy w Pekinie.
Już po powrocie do Polski dotarła do nas także smutna wiadomość: Nastya i Igor, irkuccy aktywiści, zginęli w wypadku w wyniku zderzenia samochodu z pociągiem, który miał miejsce 4 sierpnia. Rest in Peace. [*] [*] [*] Składamy kondolencje ich przyjaciołom.


Tekst byl wczesniej opublikowany w punkowym fanzinie Liberation
Darek wystepujacy w tekscie jest z pochodzenia bilgorajaninem

_________________
"Mam gdzieś czy ktoś chce kogoś poślubić! Dlaczego nie? Przywiązujemy wagę do rzeczy, które nie powinny nas obchodzić. Po prostu dajcie ludziom możliwość do życia jak chcą"
Clint Eastwood
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćOdwiedź stronę autora
Tofika
Gaduła
Gaduła




Wiek: 31
Płeć: Kobieta
Dołączył: 13 Mar 2005
Posty: 789
Skąd: Biłgoraj/Kraków

PostWysłany: Nie 13:22, 06 Lip 2008 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

przeczytałam wszystko! i tez bym chciała się w taka podroż wybrać... Smile

brakuje mi tylko informacji, ile w sumie taka wyprawa kosztowała ...?

_________________
Kobieta nigdy nie wie, czego chce, ale nie spocznie, dopóki celu nie osiągnie.

Jean Paul Sartre

Image

bo świat się pomylił...
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćWyślij email
Cookie Monster
Profesjonalista
Profesjonalista




Wiek: 41

Dołączył: 13 Maj 2005
Posty: 2566
Skąd: Tewkesbury

PostWysłany: Nie 14:41, 06 Lip 2008 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

Co stoi na przeszkodzie? Jesli nie jestes w ciazy (a tak bylo w przypadku mojej malzonki przez co musielismy odwolac nasz udzial w wyprawie do Chin), masz duzo samozaparcia i nie obawiasz sie przeciwnosci losu to wyznacz sobie cel i w droge.
Za jakis miesiac (jak Kasia z Darkiem wroca z wyprawy do Gruzji) postaram sie umiescic relacje z wypraw do Wilna i Maroka.
A koszt wyprawy to o ile dobrze pamietam 2 tysiace na glowe. Koszt niewielki, ale i warunki specjalne Very Happy

_________________
"Mam gdzieś czy ktoś chce kogoś poślubić! Dlaczego nie? Przywiązujemy wagę do rzeczy, które nie powinny nas obchodzić. Po prostu dajcie ludziom możliwość do życia jak chcą"
Clint Eastwood
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćOdwiedź stronę autora
Tofika
Gaduła
Gaduła




Wiek: 31
Płeć: Kobieta
Dołączył: 13 Mar 2005
Posty: 789
Skąd: Biłgoraj/Kraków

PostWysłany: Nie 19:06, 06 Lip 2008 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

wow... no to tanio Very Happy ja myślałam, ze ze 4 tys!
atam, te warunki socjalne się nie liczą, kiedy tyle masz przed oczami... Smile
tylko jakoś wolnych wakacji mi brakuje... Sad ale kiedyś myślę, ze spróbuje!

_________________
Kobieta nigdy nie wie, czego chce, ale nie spocznie, dopóki celu nie osiągnie.

Jean Paul Sartre

Image

bo świat się pomylił...
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćWyślij email
Cookie Monster
Profesjonalista
Profesjonalista




Wiek: 41

Dołączył: 13 Maj 2005
Posty: 2566
Skąd: Tewkesbury

PostWysłany: Nie 19:37, 06 Lip 2008 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

Wez pod uwage ze to jest kaska jaka zaplacili dwa lata temu.

_________________
"Mam gdzieś czy ktoś chce kogoś poślubić! Dlaczego nie? Przywiązujemy wagę do rzeczy, które nie powinny nas obchodzić. Po prostu dajcie ludziom możliwość do życia jak chcą"
Clint Eastwood
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćOdwiedź stronę autora
Bakom5
Niemowa
Niemowa




Wiek: 32
Płeć: Mężczyzna
Dołączył: 25 Wrz 2015
Posty: 1

PostWysłany: Pią 13:38, 25 Wrz 2015 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

Teraz mi się wydaje, że koszt wyszedł by 6tyś. Plus problemy w krajach no i granice.

_________________
Zainwestuj we Wrocławiu
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćOdwiedź stronę autora
dkow
Niemowa
Niemowa




Wiek: 22
Płeć: Kobieta
Dołączył: 07 Lut 2016
Posty: 19

PostWysłany: Nie 13:34, 07 Lut 2016 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

Faktycznie wyjazd w całkiem dobrej cenie. Jak widać dobrze zorganizowana wyprawa wcale nie musi być droga Very Happy

_________________
Zwiedzanie Krakowa melexem z krakow-zwiedzanie.pl
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomość
Szyntela
Małomówny
Małomówny




Wiek: 28

Dołączył: 28 Wrz 2015
Posty: 101

PostWysłany: Pią 11:06, 11 Mar 2016 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

Ja i moi znajomi mamy bardziej prozaiczne wyjazdy typu noclegi we Wrocławiu lub w polskich górach. Na tak dalekie wojaże nie może pozwolić nasza praca i domowe obowiązki...
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomość
milenka3
Niemowa
Niemowa




Wiek: 50

Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 13
Skąd: Radom

PostWysłany: Sro 19:19, 22 Cze 2016 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

Fantastyczna wyprawa marzeń. Zazdroszczę tak przemyślanej wycieczki

_________________
Owczarek Niemiecki Długowłosy
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćOdwiedź stronę autora
projektogrod
Niemowa
Niemowa




Wiek: 28
Płeć: Kobieta
Dołączył: 27 Mar 2017
Posty: 20
Skąd: Częstochowa

PostWysłany: Pon 15:43, 11 Gru 2017 Odpowiedz z cytatem Powrót do góry

ja też, bardzo podoba mi się
have a peek at these guys
Zobacz profil autoraWyślij prywatną wiadomośćOdwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum Biłgorajskie Strona Główna -> Biuro podróży


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Klubowa Liga Typerów Łada Biłgoraj

Copyright © 2005 by forum.lbl.pl

Gwiazdor Katalog Stron WWW - www.webtree.pl